Książka Pobłockiego jest żądaniem spojrzenia na dzieje pańszczyźnianej Polski, jako historii wyzysku i przemocy. To co wielu z nas zapamiętało z oficjalnego, szkolnego dyskursu historycznego, to narracja o „Polsce bez stosów”, czyli tolerancyjnej wobec innych wyznań. Czy szlacheckie państwo, które nie paliło na stosach innowierców, wszystkich tych którzy wyłamali się spod katolickiego status quo, mogło być okrutne? Nie byliśmy narodem katów, ale ofiar! Ta samoafirmacja społeczna przetrwała przez wieki do dziś.
Pobłocki tymczasem pokazuje, że stosy płonęły i spalono na nich całkiem sporą liczbę kobiet (głównie wieśniaczek). Rzeczpospolita była jednak przede wszystkim „krajem szubienic”. Pierwsze rozdziały „Chamstwa” porażają opisem państwa, gdzie kaźń chłopów stała na porządku dziennym. Limitowało ją tylko zapotrzebowanie na darmową siłę roboczą, ale wówczas za najdrobniejsze (realne czy urojone) przewinienia i niesubordynację chłostano, zakuwano w dyby czy obcinano uszy. Do tego jeszcze dochodziły nadużycia seksualne jak gwałty i pedofilia.
Książka Pobłockiego, to przede wszystkim książka o przemocy tkwiącej u podstaw kultury polskiej nawiązującej do szlacheckich korzeni. To praca o „ciemnej przeszłości”, kładącej się cieniem na współczesności. Historię chłopów pisała szlachta i inteligencja, lub ewentualnie potomkowie ofiar, którzy musieli w znacznej części wyrzec się swojej przeszłości i pamięci, przyjąć ideologię swoich katów, czyli scalić się z nimi w jedną narodową bezklasową masę. Ważną rolę odegrał w tym katolicyzm. Chłop mógł stać się członkiem wspólnoty narodowej i politycznej, a nawet w pojedynczych przypadkach wysoko awansować, kiedy punktem odniesienia stawał się dla niego Kościuszko i jego kosynierzy, a nie powszechnie potępiony Jakub Szela: pogromca szlachty, swoich ciemiężycieli.